Dzieci nie chcą dziedziczyć firm po swoich rodzicach. Dlaczego?

by Maciej Banach

Dzieci nie chcą prowadzić firm założonych przez swoich rodziców. Jedynie co piąta firma może liczyć na sukcesję, czyli przejęcie praw i obowiązków właściciela firmy przez jego dzieci. Dlaczego tak się dzieje? W końcu wiele z tych firm przez długi okres było źródłem utrzymania dla właściciela, jego rodziny oraz pracowników.

Według badań PARP, zdecydowana większość właścicieli firm wyraża chęć dokonywania transferu międzypokoleniowego. Plany te jednak nie są realizowane. Znaczny odsetek firm jest sprzedawany inwestorom zewnętrznym. Wiele z nich kończy działalność. Sukcesji podlegają jedynie wpływy ze sprzedaży składników majątkowych przedsiębiorstw.

Spotkałem się z opinią, że problem jest szczególnie istotny w Polsce. Nie mamy zbyt wielu doświadczeń z sukcesją pokoleniową w firmach. Nasz kapitalizm jest relatywnie młody. Zabory, dwie wojny światowe, komunizm zrobiły swoje. Średnia wieku osób zarządzających w firmach, które mają ponad 10 lat, stale rośnie. Starzejemy się. Średni wiek firmy rodzinnej w Polsce to 14 lat. Większość firm w Polsce powstała po 1989 roku, dlatego dopiero teraz 50- czy też -60-letni założyciele firm stają przed problemem sukcesji. Z faktami nie ma co dyskutować. Wszystko wskazuje na to, że z problemem sukcesji będzie spotykało się coraz więcej osób.

Osobiście nie znoszę stereotypów. Od razu nasunęło mi się pytanie, jak to wygląda gdzie indziej, np. w USA – tam w końcu nie było zaborów, dwóch wojen światowych, komunizmu. Idąc tym tropem myślenia, dotarłem do wyników badań Family Firm Instytute (USA).

Wynika z nich, że zaledwie 30% firm rodzinnych uda się przetrwać do drugiej generacji, a do trzeciej dotrze zaledwie 10%. Zatem, czy można mówić o tym, że problem sukcesji międzypokoleniowej dotyczy w szczególności polskich firm? Moim zdaniem: nie. Zaryzykuję stwierdzenie, że zdolność do skutecznej sukcesji międzypokoleniowej tylko w nieznacznym stopniu zależy od uwarunkować kulturowych, geopolitycznych czy też związanych z wielkością firmy oraz jej udziałem w rynku albo majątkiem.

Z pewnością w Polsce nie mamy wielu firm rodzinnych ze 140-letnią tradycją, jak cukiernie Blikle. Nie mamy gigantów rodzinnych, takich jak szwedzka IKEA, niemieckie BMW, KNAUF czy też Porsche – tak, to są również firmy rodzinne, choć mało kto o tym wie. Nie ulega wątpliwości, że taki stan rzeczy jest pokłosiem naszej historii. Nie ma jednak badań, z których wynika, że to historia ma wpływ na czynniki powodzenia sukcesji międzypokoleniowej firm. Zatem co?

Pierwszą i zdecydowanie najczęściej wymienianą przyczyną niepowodzeń jest brak planu sukcesji. Deklaracje właścicieli firm o chęci przekazania przedsiębiorstw swoim dzieciom pozostają jedynie deklaracjami.

Przedsiębiorstwa rodzinne o wielopokoleniowych tradycjach mają szczegółowo opracowane plany sukcesji. Posiadają jasne i konkretne procedury, które definiowałyby postępowanie w razie nieoczekiwanej śmierci osób kierujących firmą. Sukcesorzy są na taką ewentualność przygotowywani. Odpowiednie przygotowanie sukcesji trwa dłużej niż kilka miesięcy i często jest powierzane specjalistom. Ze względu na kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju firmy rodzinnej, wymaga wielu analiz i uporządkowania sytuacji prawnej i organizacyjnej w przedsiębiorstwach.

Z własnego doświadczenia powiem, że spisałem testament dopiero w ramach przygotowań wyprawy na Antarktydę, które trwały kilka lat. Dopiero przed wyprawą zdobyłem się na rozmowę z żoną, co ma zrobić, gdybym nie wrócił. Dużo do myślenia dało mi zdanie, które usłyszałem od notariusza: „Gratuluję! Niewiele osób decyduje się na spisanie testamentu w tym wieku”.

Oczywiście nie płynąłem jachtem za południowe koło polarne po to, by się zabić! Wyprawa była jednym z moich marzeń. Co ciekawe – dopiero przed następną ekspedycją spisałem procedury, które miały zacząć funkcjonować w firmach na wypadek mojej śmierci. Spisanie ich wydało mi się konieczne dopiero przed moją pierwszą próbą samotnego pokonania Atlantyku dziewięciometrowym jachtem.

Od tamtego czasu uczestniczyłem w wielu ryzykownych przedsięwzięciach, włącznie z lataniem balonem, skokami spadochronowymi czy też nurkowaniem z rekinami. Dzisiaj z całą pewnością mogę powiedzieć, że równie prawdopodobna jest moja śmierć np. w wypadku samochodowym w czasie wyjazdu służbowego, jak w przypadku samotnego rejsu przez Atlantyk. Jednak nigdy wcześniej o tym w ten sposób nie pomyślałem. Powszechnie dominuje przekonanie, że czasu wymaganego, aby przygotować przekazanie firmy kolejnym pokoleniom, jest zawsze wystarczająco dużo. Wiem, że jest to kolejny stereotyp funkcjonujący wśród wielu właścicieli firm i jednocześnie kolejny powód, dla którego ich dzieci nie będą mogły zająć się kontynuacją dzieła, które rozpoczęli.

Kolejnym powodem nieudanych sukcesji w firmach rodzinnych są kwalifikacje dzieci pretendujących do przejęcia biznesu. Problem można podzielić na trzy zasadnicze kwestie:

  • brak wystarczających kwalifikacji dzieci do zarządzania firmą,
  • niedocenianie kwalifikacji własnych dzieci (niestety częsty przypadek),
  • zbyt wysokie kwalifikacje, co zniechęca dzieci do zajęcia się firmą rodzinną.

Pierwszy przypadek jest sprawą najprostszą, o ile tylko są chęci po stronie właściciela firmy i jego dzieci. Każde kompetencje można zdobyć, jeśli się ma do tego odpowiednią motywację i wizję ich wykorzystania. W drugim przypadku jest najgorzej, bowiem brak zaufania do dzieci jest w stanie zniszczyć wszelkie plany. W trzecim przypadku pozostaje odpowiedź na pytanie, czy można zredefiniować wizję rozwoju firmy, aby stanowiła ona odpowiednio duże wyzwanie dla sukcesora i czy ktoś pozwoli mu na realizację wszelkich zamierzeń. Często bowiem tatusiom wydaje się, że skuszą dzieci wizjami, podczas gdy de facto nie zamierzają przekazać sterów w firmie.

Właściciele firm, które doznają porażek na polu sukcesji, bardzo często podejmują decyzje w tym temacie na podstawie własnego doświadczenia i intuicji. Tymczasem wybór odpowiedniego sukcesora wymaga wiedzy z zakresu zarządzania, marketingu, organizacji, prawa, finansów etc.

Inny powód nieudanych sukcesji to brak jednolitej spójnej i spisanej wizji rozwoju firmy. W takim przypadku dzieci często próbują rywalizować ze sobą, realizując własne odmienne wizje. Pomimo dobrych intencji ze strony dzieci, staje się to powodem nieporozumień, kłótni rodzinnych i rozpadu wielu dobrych firm.

Od wielu lat pracuję na rynku materiałów budowlanych w Polsce. Odbyłem setki rozmów z właścicielami hurtowni materiałów budowlanych. Z wielkim uznaniem obserwuję firmy, w których sukcesja miała już miejsce. Zadawałem sobie wielokrotnie pytanie, dlaczego pomimo spektakularnych sukcesów niektórych firm dzieci ich właścicieli nie mają najmniejszej ochoty nawet rozmawiać o przejęciu biznesu od rodziców. Z moich obserwacji wynika jeden wniosek:

Prowadzenie własnej firmy łączy się nie tylko z samymi wspaniałymi chwilami. Właściciele małych firm pracują, nie zważając na wynagrodzenie. Rozwój własnej firmy wymaga wielkiego zaangażowania, wielu wyrzeczeń, stresu, częstego wychodzenia poza sferę komfortu. Wiele godzin spędzonych w pracy nie przekłada się na zyski, a jedynie na bezsenne noce. Sukces ma swoją cenę, porażki również. Każdy kto prowadził własny biznes, doskonale o tym wie. Twoje Dzieci – potencjalni sukcesorzy – są świetnymi obserwatorami. Jeśli w ich ocenie będziesz marudzącym pierdołą, który nie ma w sobie radości z życia, a jedynie narzeka na problemy, nigdy nie będą zainteresowane, aby przejąć Twój biznes.

Warunkiem udanej sukcesji jest spełnione życie właściciela firmy. Jest to, czy Twoje dzieci uważają Cię za szczęśliwego człowieka, czy za niewolnika własnej firmy.

Pomimo, że nie spotkałem się jeszcze z takim poglądem w żadnym z opracowań na ten temat, w mojej ocenie ma on kluczowe znaczenie w powodzeniu sukcesji firmy rodzinnej. Nie spotkałem się jeszcze z żadnym przypadkiem nieudanej sukcesji, jeśli właściciel firmy był szczęśliwym facetem realizującym swoje marzenia. Pomyśl. Czy znasz kogoś, kto nie chciałby być po prostu szczęśliwy? Twoje dzieci też chcą! Wystarczy, że wskażesz im drogę. Ty jesteś drogowskazem…